02.01.2013 | Autor:

Leczymy przyszłych rodziców”, „Sukces gwarantowany”, „Skuteczne leczenie niepłodności, komfortowa atmosfera” – placówki in vitro wyciągają ręce po klientów, kusząc prymitywnymi reklamami. Mity o in vitro w PR-owych folderach, okraszane odpowiednią ilością zdjęć roześmianych rodzin, pryskają, gdy słucha się historii osób po wielokrotnych próbach sztucznego zapłodnienia. Niektóre kobiety, z którymi rozmawiałam, przeszły nawet przez kilkanaście niezwykle obciążających organizm prób in vitro. Mimo to lekarze parający się procederem spokojnie pytali: „Czy są pieniądze na następny zabieg?”.

Procedury stosowane u kobiet poddających się zapłodnieniu in vitro niosą ze sobą istotne ryzyko, o którym nie zawsze pacjentki są informowane przez personel ośrodków oferujących zapłodnienie pozaustrojowe. Przyczyn niepłodności zazwyczaj także się tam nie zgłębia. Z góry przyjmuje się, że in vitro to jedyne wyjście.

Żadnych badań

U Stankiewiczów trzy dni przed tegoroczną Wigilią świętowano pierwsze urodziny Kacpra. Upragniony synek narodził się po 11 latach małżeństwa pani Anety i pana Piotra. Prawdziwy bożonarodzeniowy prezent. – Wiara czyni cuda – stwierdza tata. Nie ukrywa, że choć jest wierzący, nie stanowi wzoru gorliwości. Ale na 2,5 miesiąca przed pojawieniem się Kacpra pojechali razem z żoną do Częstochowy. Właśnie z intencją poczęcia dziecka. Oboje byli na Jasnej Górze po raz pierwszy.

Wcześniej przez wiele lat bezskutecznie czekali na dziecko. Zdecydowali się na in vitro. Kontakt z placówką w Bydgoszczy wspominają fatalnie. – Tam liczyły się tylko pieniądze, wciągnięcie kolejnej pary do programu. Nie przeprowadzono fachowej diagnostyki. Powtarzano nam tylko, że wszystko jest w porządku, że nie można stwierdzić żadnej przyczyny niepłodności – opowiada pan Piotr.

Pani Aneta dodaje, że jedyne badanie, jakie jej wykonano, to USG narządów rodnych. – Jajniki są, owulacja jest – orzekł lekarz. Późniejsze leczenie według zasad naprotechnologii wykazało, że w przypadku owulacji nie do końca miał rację.

Dziś pani Aneta dziwi się sama sobie, że nie dopytywała, dlaczego nikt ani jej, ani mężowi nie wykonał podstawowych badań. – Zaufaliśmy lekarzom – stwierdza.

Przed pobraniem komórek jajowych, po to, by uzyskać ich więcej niż w normalnym cyklu, podano pani Anecie bardzo wysokie dawki hormonów stymulujących pracę jajników. To składowa procedury in vitro mogąca prowadzić do ciężkiego schorzenia – hiperstymulacji jajników (OHSS), które w najcięższych przypadkach jest śmiertelne.

Zaburzenie to w naturalnych warunkach jest bardzo rzadkie. Dopiero terapia hormonalna aplikowana kobietom w ramach procedury in vitro znacznie zwiększa jego ryzyko. W prawidłowym cyklu miesięcznym dochodzi do powiększenia pęcherzyka w jednym z jajników, z którego uwalnia się komórka jajowa. Na skutek podawania preparatów hormonalnych w jajnikach pojawia się w jednym cyklu wiele dużych pęcherzyków. A wraz z nimi torbiele i płyn w jamie brzusznej. Dochodzi do zaburzeń w układzie krzepnięcia i zaburzeń wodno-elektrolitowych. Leczenie z reguły wymaga hospitalizacji. Ośrodki in vitro z reguły w ogóle nie oferują leczenia OHSS, a pacjentki trafiają do placówek publicznej służby zdrowia. Inwazyjność procedury in vitro zwiększa także m.in. ryzyko raka piersi czy szyjki macicy. Problemy tego rodzaju nie pojawiają się oczywiście od razu, więc ośrodki przeprowadzające zabiegi zapłodnienia nie biorą za nie odpowiedzialności, podobnie jak za dotykającą nierzadko kobiety po in vitro depresję i problemy emocjonalne.

Po pobraniu komórek jajowych pani Aneta otrzymała kolejną porcję hormonów. Potem zaczęło się oczekiwanie na wiadomość, czy doszło do poczęcia. Telefon z kliniki: na 6 jajeczek udało się zapłodnić 2.

– Wieczorem jechaliśmy z mężem na implantację. Mocno zaskoczyło nas, że w tak ważnym dla nas momencie nie zastaliśmy w klinice prowadzącego nas lekarza. Implantacji dokonali nieznani nam ludzie – opowiada pani Aneta.

I znów hormony. – Kłułam się sama w domu. Ampułkostrzykawki dostałam w klinice – wspomina pani Aneta.

Czekanie. – Pewnego dnia złapał mnie bardzo silny ból podbrzusza. Byłam przerażona. Zadzwoniłam do kliniki, usłyszałam jedynie, że wszystko jest w porządku i tak ma być – opowiada.

Jeszcze przed terminem kolejnej menstruacji pojawiło się nietypowe krwawienie. Już było wiadomo, że się nie udało.

Pani Anecie w wyjściu na prostą pomagał mąż, mama i siostra. Nie było łatwo.

 

Mogli uszkodzić jajniki

O istnieniu naprotechnologii pan Piotr usłyszał w „Rozmowach niedokończonych” w Radiu Maryja. Od razu zainteresował się tą metodą. Szybko zdobyli kontakt do instruktorów naprotechnologii. Spotkania i obserwacja cykli według modelu Creightona rozpoczęły się w listopadzie 2009 roku. Na koniec stycznia 2010 roku przypadła pierwsza wizyta u lekarza leczącego metodą naprotechnologii. – Od początku byliśmy zachwyceni podejściem pani doktor Aleksandry Baryły. W końcu lekarz szczerze z nami porozmawiał, przeprowadził wywiad, obejrzał wszystkie wyniki badań – zauważają.

Jakie było ich zdziwienie, gdy już podczas drugiej wizyty dowiedzieli się o konkretnych schorzeniach zdiagnozowanych przez doktora, które mogły być przyczyną problemów z poczęciem dziecka. Po raz pierwszy lekarz zwrócił uwagę na podwyższony poziom cukru we krwi pani Anety, zalecił szczegółowe badania.

Nadzieje na dziecko ponownie ożyły. I kolejny cios. Doktor Baryła informuje, że hormonalna stymulacja towarzysząca in vitro mogła uszkodzić jajniki. Znów łzy i rozpacz.

Podejmują jednak zalecone leczenie. Może jajniki wytrzymają?

– Puenta naszej historii jest błyskawiczna. Już w 2,5 miesiąca po pierwszym spotkaniu z doktor Baryłą okazało się, że jestem w ciąży – podsumowuje pani Aneta.

Jest wdzięczna, że może podzielić się swoim doświadczeniem. Może to komuś pomoże.

Nie ma innej opcji?

Gdy pani Anna Kawecka trafiła do ośrodka in vitro po stwierdzeniu słabej jakości nasienia męża, od razu zaproponowano in vitro. – Usłyszeliśmy, że w naszym przypadku nie ma innej opcji – wspomina. – Oczywiście, że mogliśmy konsultować tę diagnozę gdzie indziej, ale człowiek po kilku latach starania się o dziecko jest tak skołowany, że przyjmuje w dobrej wierze to, co mówią lekarze. Jak nie ma innej opcji, to pewnie nie ma – dodaje. Także w jej przypadku próba in vitro skończyła się niepowodzeniem.

Dopiero kilka lat później zetknęli się z naprotechnologią. Finał, tak jak w przypadku państwa Stankiewiczów, znów był szybki. Około pół roku po pierwszym spotkaniu z instruktorem naprotechnologii, 10 lat po ślubie, zostali rodzicami. Nawet opiekujący się nimi dr Maciej Barczentewicz był zaskoczony. Amelka ma dziś 1,5 roku.

– Gdy urodziłam dziecko, wracałam do słów tamtego lekarza, że nie ma innej opcji. Chciałam wziąć zdjęcia córki i pójść mu je pokazać. Mąż przekonał mnie, bym sobie odpuściła – opowiada pani Anna.

– Myślę, że najczęściej decyzja o in vitro podejmowana jest bez pełnej świadomości przebiegu procedury. Wiele małżeństw zgłaszających się do mnie, które przeszły wcześniej in vitro, mówi: gdybyśmy wiedzieli, jak to wygląda, nigdy byśmy się na to nie zdecydowali. Taka sama reakcja ma miejsce po przejściu inseminacji – zauważa dr Barczentewicz.

Propaganda medialna in vitro robi swoje. W nurt bezalternatywnego przedkładania in vitro wpisują się także lekarze zatrudnieni w ośrodkach sztucznego zapłodnienia.

Macie pieniądze na kolejny zabieg?

Diagnozowanie przyczyn niepłodności według zasad naprotechnologii w porównaniu z serwowaną nam rzekomą błyskawiczną skutecznością in vitro może kojarzyć się z nudnym łuskaniem orzechów.

– W programach zapłodnienia pozaustrojowego proponuje się tzw. krótkie protokoły stymulacji jajników, mimo że są mniej skuteczne. Wszystko po to, by zabiegani, zapracowani ludzie nie musieli zbyt często pojawiać się w klinice – wskazuje doktor Aleksandra Baryła.

Szybko, jak najszybciej. Dziecko od ręki. Już jutro zostaniesz matką – tak reklamuje się te metody. Szybko tak, „skutecznie” – już niekoniecznie.

Pani Katarzyna ma za sobą 9 zabiegów in vitro. – Po tylu nieudanych próbach myślałam, że następna wizyta lekarska będzie już u psychiatry – wyznaje. Szukała pomocy w wielu klinikach, szpitalach, prywatnych gabinetach lekarskich. Kilka lat chodzenia po lekarzach, od drzwi do drzwi. – Hormony w porządku. Dziecko będzie – diagnozowali, ale dzidziuś się nie pojawiał.

Potem był nieudany zabieg inseminacji w jednym z publicznych szpitali państwowych. – Wyszłam stamtąd z płaczem, z nerwów, jak mnie potraktował lekarz. Zabieg był wykonywany gdzieś na izbie przyjęć, tak żeby mnie nikt nie widział. Chyba w godzinach pracy lekarz sobie dorabiał. Myślę, że sam się uczył inseminacji, a ja byłam królikiem doświadczalnym – wyznaje.

Na pierwszą próbę in vitro zdecydowali się z mężem w 2001 roku, 6 lat po ślubie. Zabieg był przeprowadzony w Akademii Medycznej w Białymstoku, gdzie urodziło się pierwsze w Polsce dziecko „z próbówki”. – Ogólne odczucie z tego szpitala: to hurtownia. Szybko i następny, proszę. Zarodki mrozili, ale ich informacje na ten temat były bardzo zdawkowe – zauważa pani Katarzyna.

W tym szpitalu jeszcze dwa razy podjęli próbę in vitro, w tym raz z wykorzystaniem zamrożonych embrionów. Wynik: brak ciąży.

Potem były następne kliniki w Białymstoku, w Warszawie. Po kolejnej próbie szef jednej z placówek zapytał wprost: „Czy ma pani pieniądze na kolejny zabieg?”.

W przypadku pani Katarzyny dziecko pojawiło się także dzięki naprotechnologii, półtora roku po podjęciu leczenia, 17 lat po rozpoczęciu starań o dziecko. Gdy począł się Jaś, pani Katarzyna miała prawie 42 lata, mąż 47.

Ciąża przebiegała bez problemów. Dziś Jaś ma skończone 6 miesięcy. – Wierzę, że to Boży cud – wyznaje jego mama.

Cena „skuteczności”

Efektywność naprotechnologii nie stanowi oczywiście kryterium rozstrzygającego o jej wyższości nad in vitro, ale jest faktem, o którym warto wspomnieć. Sposobem na „skuteczność” biznesu sztucznego zapłodnienia jest przede wszystkim mnożenie prób. Badania porównawcze dla in vitro i naprotechnologii z 2009 roku (Stanford i Boyle) pokazują, że ok. 50-60 proc. małżeństw leczonych przez 4 lata według naprotechnologii zostawało rodzicami. Takie efekty badane ośrodki in vitro uzyskiwały dopiero po kilku (ok. 4) próbach sztucznego zapłodnienia.

– Kiedy zapytałem o wyniki ilości urodzeń na parę małżeńską w jednym z największych ośrodków in vitro w Polsce, powiedziano mi: mielibyśmy dobre wyniki, tylko kto to wytrzyma – wskazuje dr Barczentewicz.

Nieporównywalne są koszty in vitro. Ich niegodziwość deprecjonuje procedurę sztucznego zapłodnienia, nawet gdyby osiągnęła 100-procentową skuteczność.

– Aby urodziło się jedno dziecko na drodze in vitro, musi powstać od 7 do 19 dzieci, które nie będą miały szansy się narodzić. Do tego dochodzi ogromne obciążenie zdrowotne i psychiczne dla kobiety, długotrwałe konsekwencje nawet w postaci zespołu objawów podobnego do zespołu postaborcyjnego, nie wspominając o kosztach finansowych – wskazuje dr Barczentewicz.

Gdy nawet sztucznie rozpoczętą ciążę udaje się utrzymać, wcale nie oznacza to końca problemów zdrowotnych. Ciąże w wyniku in vitro są częściej, niż to wynika z ogólnej statystyki, bliźniacze lub mnogie, zwiększone jest również ryzyko ciąży pozamacicznej i poronienia. Znacznie częściej występuje problem łożyska przodującego oraz niskiej masy urodzeniowej.

Statystyka medyczna pokazuje, że dzieci poczęte w wyniku ingerencji medycznej w naturalny proces zapłodnienia narażone są na zwiększone ryzyko szeregu poważnych zaburzeń genetycznych i rozwojowych. Dwukrotnie wzrasta prawdopodobieństwo wrodzonych wad przegród serca, rozszczepu wargi i podniebienia oraz spodziectwa (nieprawidłowego położenia cewki moczowej u chłopców); ponadtrzykrotnie – zarośnięcia odbytu i ponadczterokrotnie – zarośnięcia przełyku.

Najpoważniejsza choroba rozwojowa, której ryzyko zwiększa zapłodnienie in vitro, to mózgowe porażenie dziecięce. Jeśli chodzi o choroby genetyczne to ponadtrzykrotnie częściej pojawia się zespół Beckwitha-Wiedemanna zwiększający predyspozycję do nowotworów (objawia się przerostem języka, przepukliną pępowinową, nadmiernym wzrostem, hipoglikemią), podejrzewa się też wzrost ryzyka zespołu Angelmana (szereg zaburzeń neurologicznych, upośledzenie umysłowe, deformacja twarzy). U dzieci poczętych metodami in vitro 4,9-7,2 razy częściej pojawia się złośliwy nowotwór gałki ocznej (siatkówczak), a trzykrotnie częściej jeden z nowotworów nerki (guz Wilmsa).

Jeśli niepłodność rodzica ma podłoże genetyczne, może ona być dziedziczona przez dziecko poczęte drogą in vitro.

Problemy z poczęciem dziecka to dramat. Diagnozowanie przyczyn niepłodności jest procesem żmudnym i trudnym. Czy jednak naprawdę warto iść na skróty i wpisywać nasze rodzicielstwo w kulturę zaspokajanych za wszelką cenę potrzeb?

Imiona i nazwiska par małżeńskich zostały zmienione.

autor: Beata Falkowska źródło: http://www.naszdziennik.pl/wp/19540,nie-warto-isc-na-skroty.html

Możesz śledzić komentarze do tego wątku poprzez subskrypcję RSS 2.0. Możesz napisać komentarz lub wysłać trackback ze swojej strony.
Napisz komentarz